GŁOS NIE TYLKO Z EMPORY

    czyli Tomasza przemyślenia o sprawach wszelakich

    W ostatnim czasie przez media przeszła wielka burza, związana z zagadnieniem prawa kobiet do aborcji na życzenie będącej w ciąży kobiety. Feministki od lat ubiegają się o to „prawo”, będąc głuchymi na głos obrońców życia, którzy od lat tłumaczą im, iż wolność człowieka ma swoje granice, które wyznaczają granice wolności innych ludzi. Jeśli więc uznajemy za najwyższe dobro życie ludzkie i naukowo dowiedzione jest, że już w chwili poczęcia mamy do czynienia z indywidualną osobą ludzką, to prawo matki kończy się tam, gdzie zaczyna się prawo dziecka. Dołączam więc i mój głos w obronie prawa tych małych ludzi, którzy sami swoich praw obronić nie mogą. Ten (jak mówią zwolennicy aborcji)  ”zlepek komórek”, który ma i nóżki i rączki i głowę i bijące serduszko, oraz niepowtarzalny kod DNA, jest niepowtarzalnym samym/samą sobą. Jest osobą. Osobą ludzką. Człowiekiem.

    Gdyby wydarzyła się taka sytuacja, że ktoś by porwał kobietę w ciąży i wbrew jej woli wywołał poronienie, gdy ona chciała to dziecko urodzić, to jak prawo by oceniło? Dziecko, czy zbitek komórek? Od kiedy płód jest objęty ochroną prawną i kiedy można powiedzieć „dziecko”? Uczciwie sprawę stawiając nie można tu używać prawniczego „to zależy”, ale należy „mieć nie za nie, a tak za tak”. Jeśli prawo chroni życie od poczęcia do naturalnej śmierci, nie ma tu żadnego „ale”! Każda kobieta ma prawo po urodzeniu zrzec się praw rodzicielskich i zostawić dziecko w „białym łóżeczku”. Nie musi od razu zabijać.
    A jeśli chodzi o wolność, to każdy ma prawo wybierać, czy współżyje i się zabezpiecza, czy się nie zabezpiecza. Jeśli się nie zabezpiecza, wówczas powinien być świadomy tego, że może powołać nowe życie na świat. Trzeba być tego świadomym, bo świadomość konsekwencji czynów tym nas różni od zwierząt, że mężczyzna i kobieta są świadomi możliwości poczęcia i mają możliwość wyboru, czy się przed tym zabezpieczają, czy nie, a jedynie zwierzęta lecą w amoku w amory jak popęd połechce po narządach.
    Spór o to, czy kobieta ma prawo decydować o tym, czy zabić swoje dziecko, czy też nie, można przyrównać do przypadków łamania ograniczenia prędkości przez kierowcę. Wie, że jest ograniczenie, dokonuje wewnętrznego wyboru. Jeśli przez brawurę dojdzie do wypadku, sprawca za swój czyn odpowiada i ponosi prawne konsekwencje. Dlaczego? Bo swoim działaniem narażał życie i zdrowie innych ludzi. Bo jego prawo (do jazdy) kończyło się tam, gdzie prawo innych do bezpieczeństwa było zagrożone.
    Wojujące feministki, które miały na tyle szczęścia, że ich matki miały więcej rozumu od nich i ich nie wyskrobały jak były „zbitkiem komórek”, powinny raczej działać na rzecz uświadamiania kobietom czym jest kobiecość, czym jest płodność, seks i jak się zabezpieczyć, zanim dojdzie do „wpadki” i ich prawo zostanie ograniczone prawem maleńkiego życia, które samo na świat się nie pchało. Wolność nie polega na prawie do zabijania, ale na prawie wyboru, czy zabezpieczamy się, czy też nie.
    A jeśli ktoś chce parzyć się jak zwierzyna, niech później nie gra homo sapiens sapiens i nie domaga się zezwierzęcania prawa. Prawo człowieka do życia jest bowiem dobrem najwyższym i każde cywilizowane państwo ma obowiązek je chronić. Jeśli więc ciąża nie zagraża życiu matki, powinna dziecko donosić i urodzić, a później może je oddać. Są dobre małżeństwa, które nie mogą mieć dzieci i takie dziecko wychowają jak swoje rodzone.
    Czy takie małe dziecko, które przez przypadek na świat ktoś powołuje, ma płacić życiem za to, że się mamusia i tatuś nie zabezpieczyli? Czy można karać je za brak myślenia rodziców? Czy chcemy prawa, które dzieli „na równych i równiejszych”, czy prawa sprawiedliwego?

    Każdy sceptyk prawa dzieci nienarodzonych do życia, bądź wątpiący/wątpiąca w sens ochrony praw tych małych ludzi, powinien dziś podejść do swojej biologicznej matki, ucałować jej dłoń i podziękować, że mimo dawniej obowiązującej prawnej możliwości nie dokonała aborcji i pozwoliła się narodzić. Bo chociażby była to matka nie do końca idealna, czy inna matka wychowała, to jednak jesteś, żyjesz…

    A jeśli nadal uważasz, że aborcja jest dobrem, poświęć pół godziny, obejrzyj ten film i zadaj sobie pytanie, czy nadal jesteś pewien/pewna, że to tylko „zlepek komórek”, który można wyjąć i wyrzucić: „Niemy krzyk”.

    Nie powtarzaj sloganów, nie daj się wciągnąć w owczy pęd, ale wyrób sobie własne zdanie, zgodne z Twoim sumieniem i poziomem Twojego poznania świata. Popatrz obiektywnie, oceniając fakty, a nie łapiąc się na slogany.
    Jeśli masz dziecko, spójrz na nie, przypomnij sobie jak w ciąży cieszył Cię każdy jego ruch, odciśnięta stopka pod skórą. Jak czekaliście na jego narodzenie… I pomyśl sobie czy obecnie pozwoliłbyś je zabić. Gdybyś miał/a możliwość wyboru, czy Twoje życie, czy życie dziecka. Czy w razie choroby zostawił(a)byś swoje dziecko w szpitalu i powiedział(a)byś: „róbcie co chcecie, jak się nie da leczyć, zabijcie”?  Jakie wyciągasz wnioski? Mając wiedzę i doświadczenie, postrzegasz sprawę inaczej, bo masz doświadczenie, własne zdanie w tej kwestii, bo wiesz, że już przy pierwszym USG zapewne widziałeś/aś w tym „zlepku komórek” swoje dziecko.
    A jeśli dar rodzicielstwa nie jest jeszcze Twoim udziałem, to uwierz piszącemu te słowa ojcu, oraz innym rodzicom, którzy za swoje dzieci oddali by życie.
    Jeśli zaś nie chcesz mieć dzieci, nie bądź zwierzęciem, lecz zadaj sobie trud zgłębienia zagadnień płodności i sposobami świadomego planowania poczęć. W XXI wieku można wybrać sposób antykoncepcji, który będzie zgodny z sumieniem, oraz wybrać taki, jaki będzie najbardziej danej osobie odpowiadał. Jeśli zaś podejmujesz życie płciowe bez głowy, licz się z ryzykiem powołania życia i bądź odpowiedzialny/odpowiedzialna. A jeśli tej dojrzałości, by odpowiadać za swoje wybory nie masz w sobie, to nie wchodź  w świat seksu, poczekaj, dojrzej… Jak tu doczytałeś/doczytałaś, wiem, że nie muszę już więcej tłumaczyć, ci co nie rozumieją, dawno już zrezygnowali z dalszego czytania, „bo wiedzą lepiej”.

    I na koniec raz jeszcze za Alexisem de Tocquevillem powtórzę: „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.”   I jeśli ów drugi człowiek nie jest w stanie sam o własną wolność zawalczyć, to my – ludzie sprawiedliwi – mamy obowiązek o jego prawo się upomnieć, zwłaszcza, gdy zagrożone jest jego największe prawo – prawo do życia.

     

    Powstań z grobu Panie Jezu Chryste,
    Oczyść serca grzechem ubrudzone,
    Połóż na nich poranione dłonie,
    Obmyj je swoją Przenajświętszą Krwią.

    W sercach naszych rozpal ogień Wiary,
    Wlej w duszę promień ufnej Nadziei,
    Naucz nas Miłość czynić na Ziemi,
    Prowadź do Ojca wśród ciernistych dróg.

    Jesteśmy ludem bożych pielgrzymów,
    Bo wszyscy od Pana pochodzimy,
    I życiem swym do Niego dążymy,
    Daj oglądać wieczną Ojczyznę Twą.

    Gdy przyjdzie naszej doczesności kres,
    Spraw, niech i my zmartwychpowataniemy,
    I z objęć śmierci się wydostaniemy,
    Bo Tyś jest nasz Pan i Tyś jest nasz Bóg.

    Gdy wspominam lata dzieciństwa, widzę hrubieszowską Targowicę Miejską, gdzie w każdy wtorek i piątek zjeżdżali z bliższa i z dalsza rolnicy, handlarze i jeszcze inni ludzie, którzy chcieli coś kupić, sprzedać, czy oszacować ceny. Owa targowica działała praktycznie do końca XX wieku, powoli zamierając, zaś obecnie zamarła całkowicie.
    Jako że wychowałem się przy ul. Żeromskiego, dość dobrze pamiętam jak w latach 80-tych handel na targowicy w dni targowe wyglądał. Od wczesnych godzin rannych gdzieś do południa handlowano małymi kwiczącymi prosiętami, kurczakami, kaczętami, zbożem, fasolą, narzędziami, kotłami, taczkami, łańcuchami… Można było też kupić/sprzedać krowę, konia… Obok funkcjonował skup jaj, dobrze zaopatrzony pawilon spożywczy, kilka innych sklepików przy ulicy, skup skór zwierząt łownych, wypożyczalnia kaset video, piekarnia, zakład kamieniarski… Dojazd do Targowicy, oraz sama ulica Żeromskiego w tych dniach była zastawiona furmankami, ciągnikami, samochodami i parkującym obok nas autobusem, krórego właściciel coś skupował, ale nie pamiętam już co…
    Był to świat pełen kolorów, gwaru i handlu, którego dziś nie ma. Był to też świat koni, które od dziecka lubiłem i podziwiałem.
    Owszem, w inne dni tygodnia konie i krowy pasły się na pastwisku za Targowicą, ale we wtorki i piątki tych koni było bardzo dużo i o różnym umaszczeniu i usposobieniu. Jedne człapały ociężale, inne paradowały jak cyrkowe czy wojskowe. Jedne były umaszczone jednolicie, inne nie.
    Dziś nadal pasą się na „Targowicy” konie, takie pod siodło, rodowodowe zapewne. Nie widać jednak pośród nich jednak tych powolnych, masywnych koni pociągowych, które pamiętam z dzieciństwa. Przeminęły konie gospodarskie, pozostały te do jazdy, bądź dorożki.

    Gdyby tak cofnąć się o jeszcze jedno pokolenie, to koni było jeszcze więcej, zaś handel nimi przypominał obecny handel samochodami.
    Koński handlarz był „wypisz, wymaluj” historycznym „przodkiem” handlarza samochodami.
    Prym w końskim handlu wiedli Cyganie, którzy pozyskiwali je w bardziej lub mniej uczciwy sposób. Były przypadki, że w jednej wiosce kradli konia, barwili jego sierść, grzywę i ogon, a później w sąsiedniej sprzedawali. Zanim zmyła się farba, „zmywał się” z pieniędzmi również Cygan, zaś problem „trefnego” nabytku spadał na tego, kto go kupił. Analogia do dzisiejszego handlu samochodami jest dość wyraźna.
    Konie były też „szpachlowane” i „cofano im liczniki” – Handlarze wiedzieli czym uzupełnić starte zęby zwierzęcia, by kupujący nie poznał zaawansowanego wieku zwierzęcia. Był teżi jeszcze jeden sposób na odmłodzenie konia: dawali mu wódkę. Oczywiście nie za dużo, żeby się nie upił, lecz dzięki temu miał lepsze ruchy i wydawał się przez to młodszy.

    Pod koniec lat 60-tych minionego wieku na naszej ulicy mieszkał Cygan, który handlował końmi właśnie. Jego żona wróżyła kobietom oraz zajmowała się domem i dziećmi. Państwo zakazało życia w taborach, dało mieszkanie i kazało się osiedlić. Mimo obaw sąsiadów, okazali się ludźmi takimi samymi jak my. Ani nikomu kury nie zaczęły ginąć, ani też innych przestępstw więcej nie odnotowywano jak dawniej.
    Mój Pradziadek prowadził jeden z czterech małych sklepików, które przy tej ulicy działały. Pewnego dnia stojąc na progu sklepu był świadkiem następującego wypadku: Pijany cygan (zapewne pijanym koniem), czołowo zderzył się z prawidłowo jadącym autobusem. W skutek tego wypadku została dyszlem wybita przednia szyba pojazdu, zaś poza tym nikt nie ucierpiał. Koń również miał się dobrze…
    Zrobiło się zbiegowisko, Cygan zaś wpadł do pradziadkowego sklepu i mówi: -”Panie B., niech pan mnie ratuje! Wypity jestem, zamkną mnie, a kto dzieci wyżywi?
    Na to Pradziadek niewiele myśląc mówi do Prababci: -Tośka, lej szybko szklankę octu!
    Następnie kazał cyganowi ową szklankę octu wypić. Cygan się wzbraniał, ale Pradziadek zdecydowanie powiedział: – Chcesz do więzienia, czy nie?
    Cygan nie chciał, więc wypił, szybko zapijając ocet podaną oranżadą. Zmieniał przy tym kolory, dusił się, krztusił, ale po chwili doszedł do siebie. Pradziadkowy sposób zadziałał i ku ździwieniu gawiedzi balonik nie zabarwił się, gdy Cygan w niego dmuchnął. Spisano więc protokół, nałożono na Cygana mandat i sprawa na tym się skończyła.
    Cygan przybiegł do sklepu, uściskał Pradziadka i mówi: – Panie B., pan mi życie uratował, ojca dzieciom, męża żonie przed więzieniem wyratował! Pan jest mój drugi ojciec!
    Cygan wdzięczny był Pradziadkowi do końca jego dni. Pradziadek zmarł, Cyganie się wyprowadzili, zaś tę historię, którą opowiedziałem, pewnie zna jeszcze kilka osób żyjących, ale i to nie do końca. Ot, kiedyś Cygan wjechał wozem w autobus i tyle. Po mojej opowieści Czytelnicy wiedzą więcej. Niemniej jednak nie zalecam stosowania pradziadkowego sposobu szybkiego odtrzeźwiania – łatwo się udusić i choć działał na „balonik”, niekoniecznie oszuka obecnie stosowane elektroniczne alkomaty.

    Dziś idąc w piątek, bądź we wtorek przez pustą Targowicę, patrząc na zadbane konie „pod siodło” się tam pasące, wyglądam tęsknie za krępym koniem pociągowym, ciągnącym chłopską furmankę ze skrzynką w której pokwikują głośno małe prosięta. Woźnicy w kufajce i uszance z batem i jego żony w barwnej chustce na głowie trzymającą kurę, która chyba wiedząc, że jedzie na sprzedaż, z niepokojem chce jej uciec… I w pewnej chwili widzę, że jadą. Cieszę się, idę im naprzeciw… Po paru krokach uzmysławiam sobie, że to tylko silna wizja wspomnień, bo ani prosiaków, ani kury, ani kobiety, ani woźnicy, ani wozu, ani konia nie ma. Tylko dwie osoby rowerami jadą narzekając: „Kiedy te ostatnie w Hrubieszowie „kocie łby” całkiem asfaltem zaleją?”. A ja tak idę po tych „kocich łbach” i mówię do nich: – Oby jak najdłużej was nie zalali”. Tylko one jeszcze niosą echo końskich kopyt i turkot wozów, budząc moje wspomnienia sprzed ćwierćwiecza.

    Abp metr. Andrzej Szeptycki
    Z Watykanu dochodzą wiadomości, że proces beatyfikacyjny Sługi Bożego abpa Andrzeja Szeptyckiego nabrał tempa i… czekają jedynie na cud… Cud oczywiście za wstawiennictwem Metropolity.
    Proces wyniesienia na ołtarze arcybiskupa lwowskiego obrządku greckokatolickiego trwa już wiele, wiele lat, zaś jego postać budzi równie dużo kontrowersji. Jednych zachwyca duszpasterską charyzmą, innych zniesmacza nadmiernie służalczą postawą wobec nazistowskich i komunistycznych okupantów, oraz milczącą zgodą na zbrodnie popełniane przez ukraińskie dywizje pod dowództwem III Rzeszy, oraz zbrodnie OUN-UPA na ludności cywilnej Wołynia i terenie Archieparchii Lwowskiej, którą kierował.

    Sługa Boży Stefan Kardynał Wyszyński, „Prymas Tysiąclecia”, dwukrotnie blokował proces wyniesienia Metropolity Szeptyckiego na ołtarze. Szeptycki był człowiekiem wielkiego formatu, wykształcony, oddany Bogu… Świetny arcypasterz, który całe dorosłe życie poświęcił Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej.
    Pochodził z polskiej rodziny, ale z obrządku łacińskiego przeszedł na obrządek bizantyjski, co podówczas w przypadku szlachcica i inteligenta oznaczało wybór narodowości. Pamiętać należy, że wówczas rodziła się narodowość ukraińska, budowana na etnicznej podbudowie rusińskości. Niestety okres II Wojny Światowej położył się cieniem na nieskazitelnym wizerunku Metropolity. Przybrał on służalczą postawę wobec dwóch antyludzkich i antychrześcijańskich reżimów. Najpierw wobec nazizmu, kompromitując się nakazem modlitw za sukces III Rzeszy we wszystkich świątyniach podległej sobie archieparchii, jak też błogosławieniem jednostek „SS Galizien” i „Nachtigall”, które niosły śmierć ludności cywilnej w imię Wielkich Niemiec. Kolaborował więc z Hitlerem, oficjalnie błogosławiąc, delegując kapelanów… Milczał wobec zbrodni niemieckich i ukraińskich, które popełniały tak dywizje niemieckie, jak i podległe Niemcom dywizje ukraińskie. Milczał także wobec zbrodni wołyńskiej, zaś jego list pasterski w tej sprawie był bardzo ogólnikowy i napisany teologicznym językiem, trudnym do zrozumienia dla niższego duchowieństwa, a co dopiero prostego ludu. Czytając go można odczuć, że Metropolicie chodzi o to, by Ukrainiec nie mordował Ukraińca…
    Nie będę już wnikał w kwestię braku reakcji na promowanie banderyzmu przez duchowieństwo, jego udział w zbrodniach przeciw cywilnej ludności (w niektórych przypadkach czynny). Ta milcząca zgoda na działania jest jak dla mnie odwracaniem oczu od zła, choć możliwość jego ukrócenia była w rękach i słowach Metropolity wielka. Polityka tu także wygrała z posłannictwem arcykapłana Chrystusowego.
    Gdy zbliżała się Armia Czerwona, uległość wobec ziemskiej władzy, która wraz z nią nadciągała, pchnęła Abpa Szeptyckiego ku kolejnej błędnej politycznie decyzji – wysłania listu gratulacyjnego do Stalina. Jak się okazało nie uratowało to UKGK przed likwidacją, gdy Lwów znalazł się w ZSRR, ale z pewnością wpłynęło na zszarganie sobie dobrego imienia.
    Wielu świętych Kościoła Katolickiego za Chrystusa szło na śmierć. Przykładem może tu być proboszcz z Przemyszlan – błog. ks. Emilian Kowcz, który broniąc godności i prawa do życia każdego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, przekonań i narodowości trafił na Majdanek i mimo możliwości uwolnienia (abp Szeptycki proponował pomoc w uwolnieniu), nie pozwolił się z obozu koncentracyjnego uwalniać, niosąc do ostatnich swych chwil duszpasterską posługę ludziom idącym na śmierć. Gdy te dwie biografie – Metropolity i tego skromnego Proboszcza, zrozumiemy dlaczego ks. Kowcz jest błogosławionym, a dlaczego abp. Szeptycki mimo otwarcia procesu kanonizacyjnego dużo wcześniej, jeszcze błogosławionym nie jest.
    W sprawie uhonorowania Metropolity odznaczeniem „Sprawiedliwego wśród narodów świata”, też są opory instytutu Yad Vashem. Bezsprzecznym jest to, że w arcybiskupim pałacu byli ukrywani Żydzi, ale instytut kilkukrotnie odmówił, gdyż mimo tej pomocy, równocześnie arcypasterz błogosławił oprawcom, nie ujmując się, ani nie potępiając mordowania tak Żydów, jak i Polaków czy Rosjan.
    „Nie można dwóm panom służyć” (Mt 6:24) – a abp Szeptycki w swoich działaniach starał się właśnie i Bogu świeczkę zapalić i diabłu ogarek. Bo jak inaczej, jak nie „diabłem” nazwać te dwa totalitaryzmy, którym słał gratulacje i błogosławił? Może i politycznie miał dobre chęci, ale „dobrymi chęciami (jak głosi przysłowie) piekło jest wybrukowane”.

    W moim odczuciu beatyfikacja abpa Szeptyckiego będzie bardziej dzielić, jak jednoczyć. Pozostawmy go więc jako ważną dla Ukrainy postać historyczną, kontrowersyjnego arcypasterza trudnych czasów, ale na siłę nie wpychajmy do panteonu świętych. Zbyt wiele cienia wokół tej osoby, by aureola mogła jaśnieć. Zbyt neutralne podejście do spraw, w których pasterz powinien reagować i zbyt wiele zaangażowania tam, gdzie pasterz powinien zachować neutralność… Stąd też dopisuję się do „non possumus” „Prymasa Tysiąclecia” w tej kwestii.

    Wyobraźmy sobie wieś sprzed 70-ciu laty, z chałupami i zabudowaniami gospodarczymi wzniesionymi z drewna i pokrytymi słomianymi dachami. We wsi stoi murowana cerkiew z trzema baniastymi kopułkami, dwa młyny – jeden pradawny, drewniany, który prowadzi stary Korczyński, drugi przy głównej drodze na skrzyżowaniu, które i wówczas i dziś prowadziło na cmentarz stoi drugi, murowany – tu młynarzem jest legionista marszałka Piłsudskiego o nazwisku Meck. Wieś o barwnej kulturowości, w której prawosławnym proboszczem jest Polak pochodzący z katolickiej rodziny – ks. Artecki, zaprzyjaźniony z nauczycielem miejscowej szkoły Gębiczem, oraz gospodarzem, którego z racji słabości do trunków zwano „Sołoduchą”. Ludzie żyją zgodnie, pobożnie i pracowicie. Żyją na ziemi, którą często z dziada pradziada obsiewali jako pańszczyznę, później czy to odpracowawszy ją dziedzicowi dobrą pracą, czy też dopiero po uwłaszczeniu w latach 60-tych XIX wieku.

    Przed wojną w tychże Szychowicach żyła pewna kobieta, której za życia nadano przydomek „Święta”. Nie było w tym ani grama kpiny, ale szczere stwierdzenie faktu. Pani Aleksandra, bo tak miała na imię, słynęła z pobożności. Do szychowickiej cerkwi chodziła na kolanach i całe nabożeństwo klęczała. Ks. Włodzimierz z komunią do niej podchodził, choć w prawosławnej tradycji to wierni ku stojącemu przed ikonostasem kapłanowi podążają… Kobieta była życzliwa, nie odmawiała pomocy potrzebującym i dopełniając piękną postawę społeczną szczerą pobożnością, budziła wśród miejscowych szacunek.
    Nastały czasy wojny. We wsi zaczęły pojawiać się uzbrojone grupy ukraińskich partyzantów zza Buga, oraz kolaborujących z Niemcami funkcjonariuszy Ukrainishe Hilfspolizei. I Niemcy ciemiężyli ludność kontyngentami, partyzantka zaś żądała aprowizacji.
    W marcu 1944 roku nastąpił atak polskiej partyzantki na Szychowice, który to miał rozproszyć skoncentrowane w miejscowości uzbrojone formacje. Były one z polskiej perspektywy zagrożeniem dla okolicznych polskich wiosek. Trudno się dziwić, zwłaszcza w perspektywie lata roku poprzedniego, gdy na Wołyniu po takich właśnie koncentracjach uzbrojonych ukraińskich oddziałów, zamordowano wielu Polaków, niszcząc doszczętnie polskie wsie.
    Dnia 10 marca 1944 roku wieś ostrzelano pociskami zapalającymi. Prócz uzbrojonych partyzantów ukraińskich zginęły też osoby cywilne, niezaangażowane w wielką politykę. Możliwe, że liczono na to, że polscy partyzanci nie zaatakują wiosek zamieszkałych przez ludność cywilną, stanowiącą „żywą tarczę”, lecz stało się zupełnie inaczej.
    Ludzie uciekali w pośpiechu, chwytając co się da, tracąc dobytek, lecz ratując życie. Śp. Aleksandra zobaczyła swój płonący dom i wróciła do niego, zdjęła ikony ze ścian, za ubranie włożyła modlitewnik i niosła je do cerkwi z myślą, że w murowanej świątyni ocaleją. Żeby dojść do niej musiała iść „pod prąd”. Trafiła na polskiego partyzanta, który idąc w tyralierze nie przepuścił jej, strzelając do bezbronnej kobiety. Trudno powiedzieć co nim kierowało, czy strach, odgórny rozkaz? A może lęk, że za ubraniem skrywa granat, bądź pistolet? Tego nie wiemy – strzelił. Nie zabił jej, lecz poważnie ranił. Od śmierci uratował ją niesiony na piersi gruby modlitewnik. Kula uderzyła w niego i wytracając siłę rażenia zraniła, ale nie zabiła. Kobieta jakoś dotarła do zamkniętej cerkwi, na progu ustawiła ikony, zaś sama schowała się do małej, drewnianej budki przy cerkwi, gdzie sprzedawano świece. Tam po dwóch dniach znaleźli ją sąsiedzi, którzy przybyli grzebać zmarłych. Została przewieziona za Bug, do miejscowości Młyniska, gdzie modliła się, by dożyć do Wielkanocy. I dożyła. Jednak przeżywszy ok. miesiąca zmarła i została pochowana w obecnie bezimiennym grobie na tamtejszym cmentarzu. W Szychowicach potomkowie ufundowali pomnik , gdzie symbolicznie została zapisana.
    Pobożne życie „Świętej” i okoliczności jej cudownego ocalenia od natychmiastowej śmierci, a także fakt, że
    umierając modliła się i nie złorzeczyła temu, który ją postrzelił, daje nam obraz jakim była człowiekiem. W ostatnich dniach nie rozpaczała. Pragnęła Boga i On był jej głównym celem. Myślę, że ten Cel osiągnęła.

    Historię tę poznałem już dobre kilka lat po kanonizacji Męczenników Chełmskich i Podlaskich przez Polską Autokefaliczną Cerkiew Prawosławną. „Święta” z Szychowic choć może nie wyniesiona kanonicznie na ołtarze, jest zapewne w oczach Boga, a z pewnością w odczuciu ludzi, którzy ją pamiętali i tych, którzy poznali historię jej życia, również jedną z nich.
    W tych nieludzkich czasach wielu pobożnych zginęło wraz z bezbożnymi. Przykłady ich życia ukazują nam, że jeśli ktoś prawdziwie ma Boga w sercu, nawet w najbardziej dramatycznych chwilach potrafi zachować wiarę i szacunek do tego, co święte, a także do ludzi,. Człowiek taki godzien jest być nazwany świętym. Może kiedyś o śp. Aleksandrze będziemy mogli pisać święta bez użycia cudzysłowu?

    Dziś opowiem historię na pograniczu snu i rzeczywistości. Działa się prawie 90 lat temu na przedmieściu Sławęcin, należącym do nadhuczwiańskiego miasteczka, wówczas w centrum Polski położonego, jednakże uchodzącego wówczas za prowincję. Sam Sławęcin był przedmieściem rolniczym, położonym wokół jeziora znajdującego pośrodku. Domostwa wyglądały podobnie – na długich i wąskich działkach stały szczytem do drogi chaty kryte strzechą, pod tym samym dachem za ścianą sieni, znajdowała się komora i obórka, do niej dobudowane kurniki, jakieś inne małe komórki. Dalej, frontem do wjazdu na podwórze stała stodoła, zaś za nią rozciągał się ogród warzywny. Ogrody kwiatowe lokowano na froncie, od strony drogi, pomiędzy domem a płotem od strony drogi. Od drugiej strony podwórze graniczyło ze ścianą domu sąsiada. Za drogą, naprzeciw każdego obejścia była łąka, która łączyła się z jeziorem. Pasły się tam krowy, konie, oraz domowe ptactwo pasione przez dziatwę. W jednym z krańców jeziora znajdowała się szkoła, gdzie owe dzieci uczyły się, bo prócz pomocy w gospodarstwie, rodzice chcieli jednak, by dzieci umiały liczyć, czytać i pisać. Wówczas tyle wystarczyło, choć zdarzał się analfabetyzm. W innym rogu Sławęcina było miejsce, w którym niegdyś stała unijacka cerkiew, która zniknęła z pejzażu jeszcze przed 1918 rokiem. W kolejnym rogu, przy torach prowadzących do stacji wąskotorowej, znajdował się i nadal się znajduje kurhan, w którym spoczęli powstańcy z 1863 roku, którzy zginęli w bitwie, jaka na tamtych polach rozegrała się wówczas. W czwartym krańcu Sławęcina droga prowadziła przez Lipice do Obrowca, gdzie też wśród pól po dziś dzień stoi prastara figura św. Dominika. Legenda głosi, że w tym miejscu znajdowała się filia hrubieszowskiego klasztoru oo. Dominikanów, zaś wokół figury odnajdywano szczątki pochowanych tam ludzi. Możliwe, że dawniej zakonnicy mieli obok kaplicę, która jednak zniknęła w odmętach historii. Figura jednak przetrwała i kult św. Dominika także.
    Ale powróćmy na Sławęcin. W jednym z domów izbę wynajęła pewna rodzina, którą wichry wojny światowej zagnały aż nad Morze Azowskie, a gdy ustała wojenna pożoga, powrócili na hrubieszowszczyznę. Andrzej żadnej pracy się nie bojąc pracował u bogatszych gospodarzy, Ewa szyła na zamówienie odzież, wyprawy ślubne, zaś przy niej bawiła się mała Tosia – ich córeczka. Była ona radością swoich rodziców, którzy mimo biedy starali jej się zapewnić w miarę swoich możliwości jak najpiękniejsze dzieciństwo. W niedzielę po Mszy Św. czasem szli więc na wodę sodową z sokiem malinowym, ojciec po otrzymaniu zapłaty za pracę udawał się na ul. Mostową do sklepu Bondarewicza, gdzie z czekoladowego bloku kupiec odrąbywał kawałek słodkiej przyjemności. Wówczas czekolada była droga, jednak rodzice chcieli, by dziecku sprawić choć trochę radości. Matka szyła jej ładne sukienki i jak potrafiła dbała, by dziecko choć skromnie, było ładnie ubrane, najedzone, umyte i uczesane. I tak mijały dni i miesiące. Prócz zabaw z rówieśnikami, czasem Tosia chodziła z ojcem łapać w stawie raki i ryby na koszyk, chodzili całą rodziną odwiedzać znajomych, ciotkę i wuja… Jednakże do Obrowca nie chodziła i figury św. Dominika nie widziała, zaś znać ją mogła jedynie ze słyszenia.
    Pewnego poranka Tosia wstała wcześnie i z radością oznajmiła rodzicom, że śnił jej się święty Dominik stojący gdzieś wśród pól na kamiennym cokole i wskazał miejsce tuż pod nim i powiedział, by tam kopać, a odnajdzie się skarb. Rodzice uśmiechnęli się do niej, sprawą się nie przejmując. O śnie córki rozmawiali z gospodarzami, sąsiadami, ale traktując go z przymrużeniem oka. Jednakże Tosia mocno obstawała przy tym, by jednak udać się pod figurę i sprawdzić, czy faktycznie nie ma tam skarbu. Ewa powiedziała więc do Andrzeja, że nie zaszkodzi sprawdzić, więc ten z łopatką powędrował ku prastarej figurze. Gdy dotarł na miejsce zastał wykopany niewielki dołek – ktoś, kto go kopał, zapewne coś w tym miejscu znalazł, gdyż wkop świadczył o tym, że coś tam było, stąd też dołek był mały. Gdyby ktoś kopał i nic nie znalazł, kopałby dalej, rozkopując o wiele większy obszar. A więc i po skarbie… Cóż było więc robić? Andrzej wrócił smutny do domu z niczym i opowiedział, co zastał na miejscu. I tu rodzi się pytanie: Czy skarb faktycznie istniał? Czy św. Dominik widząc biedę pracowitych i pobożnych ludzi chciał dać im dar, który z pewnością postawił by ich finansowo na nogi? Myślę, że tak – ślady na to wskazują, że coś pod figurą było ukryte. Kto uwierzył jako pierwszy w dziecięcy sen i nocą odnalazł coś pod podominikańską kapliczką, tego nie wiemy.
    Z czasem Andrzej, Ewa dorobili się małego własnego domu, Tosia zaś dożyła pięknego wieku z zachowaniem bystrości umysłu i pamięci. Gdy byłem mały opowiedziała mi tę historię, ja zaś przechowywałem ją w swojej pamięci i dziś postanowiłem się nią podzielić.
    Odeszli ludzie pamiętający tamte czasy. Sławęcin zmienił się nie do poznania – zniknęły strzechy, w miejscu osuszonego jeziora poprowadzono nowe ulice i wybudowano nowe domy. Nieco starych domów pozostało, ale utraciły one dawny wygląd pokryte często styropianem i blachodachówką. Mając nieco wyobraźni, można jeszcze przymrużywszy oczy wyobrazić sobie jednak oszalowane ściany, strzechy i malwy przy drewnianych płotach, błotnistą drogę z drewnianymi kładkami…
    A św. Dominik? On niezmiennie stoi nadal na swym cokole pośród pól i choć może skarbu nie strzeże, jest świadkiem kilkusetletniej historii tego skrawka ziemi, wydarzeń minionych i ludzi, którzy przeminęli i często ich imion już nikt nie pamięta. On jednak trwa jako memento minionych dziejów, błogosławiąc tym, którzy czynią pobożnie znak krzyża, mijając jego figurę.

    Obok tej figury droga prowadzi do lasu. W mojej pamięci nabytej, a więc wzbogaconej opowiadaniami tych, których już wśród nas nie ma, zachowały się trzy historie związane właśnie z tą figurą.

    Opowiem dziś Państwu pewną historię sprzed ponad 70-ciu lat , romantyczną i tragiczną zarazem, gdzie zdrada i miłość przeplata się ze śmiercią.
    Przy ulicy Kilińskiego w Hrubieszowie mieszkało małżeństwo – on dobrze sytuowany mężczyzna, ona córka zubożałego szlachcica. Kobieta była zjawiskowo piękną blondynką, jednak jej mąż wybrał sobie pewną Ukrainkę z długimi warkoczami. Żona dowiedziała się o ich schadzkach w parku obok stadionu i udała się za mężem, choć ten już wybrał i ją odrzucił. Kobieta cierpiała, lecz miłość nie zgasła w jej sercu. Okoliczni mieszkańcy widzieli determinację tej kobiety, która mimo odrzucenia chciała walczyć o tę miłość i naiwnie biegła za mężem, który zaślepiony nową miłością ją odtrącił.
    Ukrainka jednak nie miała czystych intencji. Zwabiła kochanka do obrowieckiego lasu, gdzie wydała go w ręce ukraińskiej bandy UPA. O tym wydarzeniu dowiedziała się żona uprowadzonego i udała się do dowódcy miejscowego garnizonu, który udostępnił samochód z wojskową eskortą, by odbić z rąk bandytów męża kobiety. Niestety wyprawa ta skończyła się tragicznie – banderowcy zamordowali tak więzionego męża, jak i śpieszącą na pomoc żonę, oraz eskortujących żołnierzy. I tak jak żywi do lasu jechali obok niniejszej figury, może ostatni raz czyniąc znak krzyża, tak i w chwili przewożenia ich ciał do miasta, stała się świadkiem ich tragedii.
    W Hrubieszowie wydarzenie to wzbudziło wielkie poruszenie. Wiele lat wspominano tę historię i piękną szlachciankę, która w imię miłości poszła za swoim niewiernym małżonkiem na śmierć.

    Inną historią jest skarb, który był przy figurze ukryty dawniej jeszcze, jak i kolejna tragiczna historia z okresu okupacji, w której jednak do Polaka „wywiezionego do św. Dominika”, strzelała polska partyzantka, ale o tym opowiem innym razem.

    „Jutrzejszego dnia zniknie nieprawość na ziemi
    I panował nam będzie Zbawiciel świata.”

    Z okazji Uroczystości Narodzenia Pańskiego, przesyłam Ci serdeczne życzenia zdrowego i szczęśliwego przeżycia tych pięknych, rodzinnych Świąt. Niech Miłość Chrystusa pobudzi miłość wzajemną pomiędzy otaczającymi nas ludźmi, a także w nas, byśmy z chrześcijańską radością przyjęli tę „Maleńką Miłość”, która narodzona w betlejemskiej grocie, swoją Bożą Miłością objęła cały świat i wszystkie pokolenia, z obecnie żyjącymi włącznie.
    Dziś także czuwajmy, oczekujmy i otwórzmy swoje serca na ponowne przyjście Pana Jezusa w Chwale, a nim to nastąpi, żyjmy w doczesności pełni chrześcijańskiej radości i w jedności tak z współbraćmi w wierze, jak z każdym człowiekiem dobrej woli. Radujmy się kolejnym „Bożym Narodzeniem”, które dane będzie nam przeżywać. Dajmy w naszych sercach szansę na narodzenie Wiary Nadziei i Miłości, które pomogą nam dostrzec, bądź też odnaleźć szczęście w życiu. Czasem bowiem jest bliżej, niż by nam się zdawało. Możesz je odnaleźć, gdy tylko otworzysz się na nie. I tego też życzę Ci w ten świąteczny czas.
    Błogosławionych Świąt! I szczęśliwego Nowego Roku 2015!

    W dniu wczorajszym miałem przyjemność uczestniczyć w Jubileuszu 10-lecia posługi organistowskiej mojego wieloletniego przyjaciela, a zarazem następcy na ostatniej parafii, w której pracowałem jako muzyk kościelny.
    Do tego, że kapłani obchodzą swoje jubileusze przywykliśmy. W przypadku organistów już jest to bardzo rzadko spotykane. A szkoda, bo jak pokazały wydarzenia z dnia wczorajszego, jest to potrzebne tak organiście, jak i całej wspólnocie parafialnej.

    Z Łukaszem przyjaźnimy się już 15 lat, a więc można by powiedzieć „pół życia”. Poznałem go, gdy śpiewał w w scholi parafialnej, w parafii na terenie której grałem w jednej z kaplic filialnych. W sumie sam się jeszcze uczyłem, ale dla kolegi zafascynowanego muzyką kościelną i posługą organisty, stałem się swego rodzaju mentorem. Zaprosiłem kiedyś Łukasza na Mszę Św. o godz. 7:00 mówiąc: „Umiesz grać na pianinie, przyjdź spróbujesz na fisharmonii” i „zaraziłem” skutecznie tego człowieka swoją pasją. To, co sam umiałem, przekazałem, zaś kilka miesięcy później, gdy odchodziłem na pierwszą samodzielną parafię, miałem kogo zostawić po sobie. Mój następca godnie przejął obowiązki i postanowił kształcić się w kierunku muzycznym, wybierając Liceum OO Salezjanów w Lutomiersku, które kształci muzyków kościelnych. Jest to jedyna w swoim rodzaju „organistowska” szkoła średnia, będąca kontynuacją sławnej przemyskiej Szkoły Organistów, założonej przez ks. Chlondowskiego (brata kard. Hlonda). Spędził tam cztery lata, zaś w czasie wakacji, ferii czy świąt, nabierał praktyki na zastępstwach. W połączeniu z dobrym muzycznym wykształceniem dało to świetne efekty.
    Po maturze objął stanowisko w jednej z hrubieszowskich parafii, gdzie przepracował kilka ładnych lat. Zmienił się proboszcz, zmieniły realia i musiał emigrować do odległego o 50 km Chełma, gdzie pracował ponad rok.
    Gdy poważnie zachorowałem i lekarze zalecili mi ograniczenie zakresu obowiązków (praca zawodowa w rodzinnej firmie, oraz praca w parafii), musiałem dokonać wyboru, który był oczywisty ze względów tak rodzinnych, jak i ekonomicznych. Kłopoty zdrowotne znacznie utrudniły posługę, gdyż  mimo wszystko praca organisty, wymaga dobrego zdrowia i pełnej dyspozycyjności. Dlatego też zaproponowałem po raz kolejny Łukaszowi, by mnie podmienił. Łukasz się zgodził, na to rozwiązanie przystał ks. Proboszcz, gwarantując, że mój przyjaciel otrzyma warunki, jakie przez 3 lata mnie udało się wynegocjować. Tak też z końcem roku 2009 odszedłem, zaś 1 stycznia 2010 r., Łukasz objął parafię.
    Cieszę się, że udało się, że za organami, przy których remoncie czynnie uczestniczyłem, zasiadł kompetentny muzyk, że kontynuuje pracę z chórem parafialnym, który od lat tam działa, że jest młodzieżowa schola i nie ma konfliktów na linii chór-prezbiterium.
    Fakt, parafia jest zgrana, kapłani muzykalni. To żyzna gleba, którą od ponad 50 lat użyźnia praca organistów: śp. p. Kazimierza, p. Tadeusza, moja, oraz piąty rok praca Łukasza.

    Mój przyjaciel już dobre kilka miesięcy temu zdradził mi chęć zorganizowania swojego Jubileuszu. Zamówił Mszę Świętą, zaczął logistycznie wszystko organizować, drukować zaproszenia, zaprosił świetny zespół wokalny „Lechici” z Hrubieszowa, zamieszczał zapowiedzi tej uroczystości na lokalnych portalach… Podkreślał, że chce, by prócz modlitwy za niego, także coś zorganizować dla parafian, stąd też pomysł zorganizowania koncertu tak Jubilata, jak też zaproszonego zespołu. Myślę, że efekt przerósł oczekiwania wszystkich przybyłych.

    Sumę celebrowało trzech kapłanów, w tym dwóch miejscowych i członek Diecezjalnej Komisji Muzyki Kościelnej. Przybyło też, mimo obowiązków niedzielnych w parafiach, czterech organistów, na czele z Dziekanem Organistów Diecezji Zamojsko-Lubaczowskiej.
    Obsługę muzyczną Mszy Św. sprawował Jubilat, Schola Parafialna, oraz goście – zespół „Lechici”. Po Mszy Św. nastał czas przemówień: Księży Proboszcza i Kapłana z DKMK, Dziekana Organistów, który przemówił w imieniu wszystkich organistów, członka Towarzystwa Regionalnego, przedstawiciela jednej z poprzednich parafii, oraz delegacji z tutejszej wspólnoty parafialnej… Były kwiaty i życzenia dla Jubilata.
    Następnie nastąpił koncert, podczas którego na przemian występowali Jubilat Łukasz, oraz zespół „Lechici”. Była to swoista uczta muzyczna, która została świetnie przyjęta przez parafian.
    Myślę, że dzięki tej uroczystości wspólnota parafialna jeszcze bardziej zwiąże się ze swoim organistą, zwróci uwagę na wagę muzyki liturgicznej, jak też mam nadzieję, że znajdą się kolejni chętni do śpiewu w chórze i scholi.
    Po uroczystościach w kościele, zaproszeni goście udali się do świetlicy, w której panie z Koła Gospodyń Wiejskich przygotowały wspaniałą agapę.

    Pracując w niniejszej parafii wielokrotnie przekonałem się o życzliwości tutejszych parafian wobec nie tylko kapłanów, ale i organisty. Mimo, że cztery i pół roku jest już tam mój następca, nadal z tą życzliwością się często spotykam. Cieszę się, że Łukasz „przyjął się” tam i został zaakceptowany przez lokalną społeczność. Społeczność, której zależy na tym, by parafia kwitła tak duchowo, jak i estetycznie. Mimo, że jest tam 2000 dusz, w przeciągu 7 lat dokonano kapitalnego remontu kościoła, organów, plebanii…
    Myślę, że wczorajsze uroczystości przekują się na jeszcze większą życzliwość wobec Muzyka Kościelnego, którego się zazwyczaj nie dostrzega, gdy siedzi z tyłu – bo zawsze jest, zawsze gra… Dopiero, gdy trafia się na Mszę Św. bez udziału organisty, człowiek łapie się na tym, „że jakiegoś elementu brak”. Mam nadzieję, że wczorajsze święto zaowocuje jeszcze większą życzliwością, a zarazem zwróceniem uwagi na stworzenie godziwych warunków do rozwoju muzyki w parafii, poprzez dbałość nie tylko o mury i instrument, ale godziwe uposażenie i wsparcie słowem i modlitwą miejscowego organisty.

    Ze swojej strony życzę Ci Łukaszu przede wszystkim zdrowia i mocnego trwania w wierze, oraz wielu takich Jubileuszy. Niech Ci Pan Bóg błogosławi.

    Opinia międzynarodowa ocenia pozytywnie niekonstytucyjną zmianę władzy w Kijowie, którą uznała, nie uznaje zaś referendum przeprowadzonego na Krymie. Trzeba pamiętać o tym, że Krym przed 1954 rokiem należał do Rosyjskiej Republiki Radzieckiej, zaś Ukrainie został przekazany przez Chruszczowa (Ukraińca), jako znak jedności Rosji i Ukrainy w 300 rocznicę Ugody Perejasławskiej, na podstawie której Chmielnicki stał się wasalem cara Aleksego. W ZSRR nie było problemu z przynależnością, bo Republiki Radzieckie miały być połączone na wieki wieków, więc był to symbol, który miał być widocznym znakiem jedności Rosji i Ukrainy.
    Po rozpadzie ZSRR na Krymie zaczęło iskrzyć, gdyż Rosjanie chcieli z powrotem stać się częścią Rosji, Ukraina nie chciała zrezygnować ze zdobyczy, która w sumie nigdy częścią Ukrainy nie była, bo wcześniej żyli tu w większości Tatarzy, będący poddanymi Imperium Osmańskiego. Tatarów po II Wojnie Światowej Stalin repatriował, nasiedlili na ich miejsce się Rosjanie i Ukraińcy… Po 1991 część Tatarów Krymskich powróciła. Autonomia prędzej czy później musiała paść, bo od lat były dążenia do utworzenia samodzielnej republiki. Z ekonomicznego punktu widzenia, nie ma co się dziwić, że większość woli być częścią Rosji, gdyż ma mocniejsze powiązania ekonomiczne, kulturowe, etniczne… z Rosją, niż z Ukrainą. Przeciwne są mniejszości: tatarska i ukraińska.
    Władza republiki autonomicznej ogłosiła referendum, ludzie zagłosowali. Co jedynie, należy się zastanowić, czy wybory nie zostały sfałszowane, choć możliwe, że nie, gdyż opozycja zapewne je zbojkotowała i poszli ci, którzy byli za.
    Tak ogólnie patrząc na to, co dzieje się obecnie na Ukrainie, mam mieszane uczucia. Z jednej strony jestem całym sercem z przyzwoitymi Ukraińcami, którzy walczą o to, żeby żyć w normalnym kraju, bez korupcji, mafii. W kraju wolnym, nowoczesnym i w społeczeństwie obywatelskim. Martwi mnie jednak, że z „rewolucji na Euromajdanie” korzystają też grupy, których programy nie są demokratyczne. Mówię o nacjonalistach gloryfikujących OUN-UPA, dla których wszyscy nieuznający ich ideologii są wrogami. Nie życzę Ukraińcom życia w banderowskim kraju, w którym najpierw „usadzi się” mniejszości etniczne, potem światopoglądowe, a na końcu założy się społeczeństwu chomąto, w którym będzie chodzić w kieracie tak, jak nowa władza zechce.
    Pamiętajmy, że Hitler doszedł do władzy w czysto demokratyczny sposób. W kryzysie był alternatywą, mówił o silnych Niemczech tak, jak dziś neobanderowcy mówią o Ukrainie. Demokracja szybko się skończyła – Reichstag spłonął bodajże 2 dni po zaprzysiężeniu Hitlera na Kanclerza Niemiec, prezydent Paul von Hildenburg schorowany nie miał już takiego wpływu na politykę, zmarł zresztą niedługo potem. I co? Wielkie zmiany, Wiekie Niemcy… Jaką cenę Niemcy zapłaciły za nazizm wiemy. Trzeba wyciągać wnioski z historii, by błędów nie powielać.
    Nasz rząd, ba opozycja nawet, bardzo aktywnie włączyła się w wydarzenia wewnątrzukraińskie. „Nebesna Sotnia” z „Euromajdanu” spowodowała, że zaczęliśmy walczyć o demokrację Ukrainy, ramię w ramię z opozycją, ale nie zwracając uwagi na to, że w tej opozycji są odłamy, które chlubią się mordowaniem Polaków, które zakłamują historię Rzezi Wołyńskiej, czy też w ostatnich dniach dopuściły się „kłamstwa sahryńskiego”. Nasza władza, ta sama, która chowała ogon pod siebie i wykonywała polecenia Rosji po „Katastrofie Smoleńskiej”, gdzie zginęła nasza elita, nasza „Nebesna Sotnia”; władza, która przez 4 lata nie potrafi sprowadzić wraku Tupolewa do Polski… Władza tak ugodowa wobec Rosji tam, gdzie polska racja stanu domagała się stanowczości, gdy tego trzeba było – chowała głowę w piasek. Dziś, ta sama władza naraża Polskę, angażując się w konflikt, który może nam zaszkodzić tak samo, a może nawet bardziej, niż wówczas, gdybyśmy w 2010 zgodnie z międzynarodowym prawem, nie zrezygnowali z przejęcia śledztwa, chociażby miało ono odkryć mroczną tajemnicę kolejnego „Katynia”…
    Wielu nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak niebezpieczną jest obecna sytuacja. „Euromajdan” to nowe „Sarajewo”, tylko 100 lat później. Media podają nam to, co każe Bruksela i Waszyngton, ale jeśli informacje przesiejemy przez sito zdrowego rozsądku i historycznego doświadczenia, widzimy niebezpieczeństwo wojny wiszące nad światem. „Zimna wojna” nie skończyła się w 1991 roku. Wyścig zbrojeń trwa. Ameryka trąbi o islamskich ekstremistach, którzy są o wiele mniej niebezpieczni, jak się ich kreuje. Oni Europę i Stany zdobędą bez wystrzału z karabinu, za to strzelając z czegoś innego – przez prokreację. W Europie Zachodniej już jest to widoczne.
    Niebezpieczne są dziś małe konflikty o sporne terytoria. Rosja ma coś do Ukrainy, Ukraińscy nacjonaliści mówią o odzyskaniu Przemyśla i Chełma, Chiny mają roszczenia do terytoriów należących do Rosji… Chiny… No właśnie, niewiele osób wie, że Chińska Republika Ludowa ma farmy na Ukrainie – warto poszperać, poczytać… A co do tego mają Stany Zjednoczone? Mają to samo, co do Iraku, Iranu, Wietnamu… Walczą o ogólnoświatowy pokój, przy okazji napełniając cysterny galonami ropy, bądź wspierając nowe władze tak, by były im przychylne… Pomyśl, wyciągaj wnioski i nie karm się papką serwowaną przez media.
    Na zakończenie zaznaczam, że nie jestem ani rusofilem, ani ukrainofobem. Zależy mi na pokoju w Polsce i na świecie. Pragnę, by ludzie w swoich krajach żyli w wolności słowa, ekonomicznej i poglądowej. Nie jestem przeciwnikiem zmian na Ukrainie, ba – jestem ich gorącym zwolennikiem, ale nie da się wprowadzać demokracji łamiąc jej zasady, jak i nie da się nieść wolności na bagnetach.
    W sposób niedemokratyczny i w oparciu o ideologie oderwane od demokracji, pod dyktat obcych mocarstw, nie da się zbudować demokratycznego państwa. Życzę Ukrainie i Krymowi demokratycznych przemian, które doprowadzą do powstania państw obywatelskich, wielokulturowych, umiejących uszanować wspólną historię i ją obiektywnie oceniać, nazywając zło po imieniu i szukając tego, co unifikuje. Bez tego, można trafić przysłowiowo „z deszczu pod rynnę”.


    • RSS